Dziennik pomocy powodzianom  -  powrót do zdjęć

grudzień 2010

 

 

zdjęcia

Zimno na dworze bo w Warszawie -10, na miejscu w Wiączeminie blisko Wisły już -15, ale nie ma wiatru a nam gorąco bo nosimy paczki świąteczne. Czujemy ogromną radość, że zebraliśmy aż tyle darów, bo spory dostawczy mercedes udało sie wypełnić. Choć wokół piękna bezkresna biel, to na szczęście nie ma dużo śniegu i możemy dojechać pod każdy dom. Witają nas najpierw miejscowe kundelki, ale maszerujemy śmiało. Czasem trudno się dopukać, czasem jakaś zdziwiona buzia dziecka przyklejona do okna. Jednak z każdego komina widać dymek, nikt już nie musi spać w kontenerach, jest już ciepło i pod własnym dachem. W dwóch domkach zastaliśmy gospodarzy przy układaniu podłóg, wszyscy się spieszą żeby Święta były już bez śladów bałaganu popowodziowego. Niestety woda w Wiśle wysoka, lód na rzece, nie skruszony, więc wody gruntowe wybijają się na powierzchnię tworząc bryły lodu. Trochę z niepokojem patrzą na to mieszkańcy Wiączemina - co to będzie wiosną. Do tej pory wały przeciwpowodziowe nie całkiem dokończone, wyrwa w Świniarach jeszcze straszy o czym słyszeliśmy nawet w telewizji. W ciepłych naszych domach przed telewizorem nawet mało kto się zastanowi, gdzie te Świniary, Wiączemin i dlaczego jak zwykle nie zdążono przed zimą. Zaskakuje nas jeden z gospodarzy, który mówi że on rozumie, że mniejszym złem było zalanie ich terenów (poprzez celowe przerwanie wału) niż dopuszczenie aby wielka czerwcowa powódź poszła dalej na Płock, Włocławek, zakłady chemiczne. Cieszymy się wracając, że mogliśmy choć trochę pomóc zawożąc tym razem w ramach prezentów na Święta odzież, pościel, ręczniki, nawet kilka koców elektrycznych, zabawki, słodycze i różne niespodzianki. Serce raduje - radość obdarowanych. Warto było trochę zmarznąć.  

listopad 2010

Odbyło się kilka wyjazdów do naszych zaprzyjaźnionych rodzin - jest już chyba siedemnaście w Wiączeminie Polskim i Wiączeminie Nowym - jednak nie jest naszym celem opisywanie, szczegółowo każdej wizyty. Ważne że nasi darczyńcy nie zapomnieli i było z czym jechać. Niezłomna Pani Teresa przerzuciła juz odpowiednią ilość rzeczy, na tyle dużą, że sama z wnukiem wybrała się we wrześniu bo już magazyn domowy "pękał".
Ostatni wyjazd do Wiączemina w deszczu i choć drogi gminne już piękne asfaltowe to jednak odcinki dróg powiatowych nadal zaniedbane - betonowe płyty pokryte spora warstwą błota.
Mamy same dobre wiadomości - o ile dobre - skoro od maja do listopada wypada tym ludziom żyć w pomieszczeniach, które dopiero wychodzą ze stanu surowego. Ale uśmiechy są, widać jaki kawał roboty musieli odwalić, najczęściej własnymi rękami. Ściany suche, pogoda była łaskawa i upalne lato. Do świąt powinny być już podłogi, cześć mieszkańców zdała już metalowe kontenery czyli radość z powrotu do własnych czterech ścian. 6 listopada dostarczyliśmy trochę ciepłych ubrań, butów.

Wygląda na to, ze powoli kończymy naszą pracę, mamy nadzieję że na coś się przydała...

UWAGA! przygotowujemy dla naszych powodzian paczki świąteczne. Mamy trochę nowych ręczników, pościeli i obrusów, chcemy jeszcze dołożyć jakieś drobiazgi czy upominki. Prosimy wyłącznie o rzeczy nowe, nieużywane i czyste. Może jakieś drobiazgi, upominki żeby mogli w nadchodzące święta Bożego Narodzenia zapomnieć o swoich przeżyciach. Wszelki kontakt i zbiórka jak zwykle w SZKATUŁCE - Piwna 15 tel. 22 6353599. Paczki chcemy dostarczyć 18 grudnia.


sierpień 2010

 

zdjęcia z 21 sierpnia

 

 

21 sierpnia w piątek kolejna wyprawa do Wiączemina Polskiego. Tym razem życzliwy przyjaciel z delikatesów na Piwnej  pożycza nam Mercedesa Sprintera czyli wielkiego "dostawczaka". Z magazynu Pani Teresy ładujemy ogromny materac, a ilość pudeł przed domem przyprawia o zawrót głowy - czy to wszystko się zmieści? Prawie dwie godziny pakujemy różności: piecyki gazowe z reduktorami i wężami, 2 łóżka polowe, termowentylatory, wieszaki ubraniowe, stojaki do wieszania ubrań, karton zabawek pluszowych, pościel, zasłony, ponad 20 eleganckich marynarek, spodnie, buty, większość prawie nieużywana, bluzki damskie nowe jeszcze zapakowane, śpiwory, kołdry, poduszki - trochę środków czystości, ręczniki papierowe, papier toaletowy itp. itd. końca nie widać... Większość zakupów - przede wszystkim sprzętu, możliwa była dzięki wpłatom gotówkowym - każdy grosz się liczył od 10,  do aż 1000 zł od jednej osoby.

W końcu ruszamy - jazda z przygodami bo prawie pod koniec trasy docieramy do mostu w remoncie - musimy zawracać i jechać naokoło przez Sochaczew. Na miejscu oglądamy domy już nie stojące w wodzie, ale wśród chaszczy i chwastów, bo kto ma czas i siły na pielęgnowanie dawnych ślicznych ogródków? W domach tynki odkute ale jeszcze całe połacie do zdjęcia - grzyb we wszystkich odmianach i kolorach od zieleni po czerń głęboką. W niektórych domach pojawiły sie już płytki podłogowe, prawie przed wszystkimi domami kontenery. Na zdjęciach pokażemy jak to wygląda, ale o ile takie "jednoizbowe mieszkanie zastępcze" spełnia swoje zadanie na budowie to tu w słoneczne dni blacha nagrzewa się tak, że w środku nie można wytrzymać. Ale tymczasowo może i dobrze ze jest cokolwiek. Kontenery nowe - są wynajęte przez gminę od firmy z Płocka - miesięczny koszt wynajmu jednego kontenera to 500 zł. W rozmowie z gospodarzami zastanawiamy się czy już nie produkuje sie drewnianych barakowozów, które były zawsze bardziej przyjazne do zamieszkania z uwagi na materiał.  W domach ściany z odkutymi tynkami, praca gospodarzy trwa bez końca, niestety na tych terenach nie wolno budować nowych domów, a łatwiej byłoby wylać nową ławę fundamentową niż wzmacniać (stemplować?) starą - ściany popękane, rysy na sufitach - cała stolarka okienna, instalacje do wymiany.

Jednak nastroje zdecydowanie lepsze, wszyscy dostali bezpłatnie lodówki, pościel, kołdry, - wkrótce maja nadejść obiecane nowe wersalki z fabryki mebli. Pomoc jest duża można powiedzieć ze nawet ogromna w porównaniu do tego co otrzymywali poszkodowani w latach przeszłych w powodziach i innych kataklizmach. Najbardziej to chyba brakuje naszym gospodarzom sił, a często wsparcia psychicznego, bo teraz na wszelkie trudności urzędowe ci biedni ludzie są wyjątkowo wrażliwi.  W Wiączeminie Polskim objęliśmy chyba 14 rodzin, i jedną w Wiączeminie Nowym. Tam z powodzi uratowała się jedna jedyna kura, która teraz chodzi "jak przy nodze" tak się pilnuje gospodarzy.

Niedoświadczony kierowca (w jeździe dużymi samochodami) czyli piszący te słowa, ma trudności z odpaleniem silnika po każdym chwilowym postoju. Dopiero po konsultacji z właścicielem i na jego głos chyba, samochód rusza i już do samej Warszawy silnika nie wyłączam. Ok. 2000 zdajemy klucze i dokumenty. Dzień męczący, gorący i z komarami, ale udany bardzo - nie chcemy żadnych podziękowań, ale obdarowani szczęśliwi - "nie mają słów" jak mówi jeden z gospodarzy, że o nich pamiętamy. Jesteśmy w stałym kontakcie mamy kilka telefonów do mieszkańców Wiączemina - nie zamykamy naszej akcji.  Jeszcze nie pora.

A darczyńców prosimy o nieustający ciąg dalszy ..wkrótce jesień, a potem jak zwykle.. zima.

Obok na stronie zdjęcia z wyprawy 21 sierpnia 2010

Marek L. i Teresa O.  


lipiec 2010

Akcja pomocy rozkręca się, ale bardzo powoli. Rozumiemy, że okres urlopowy i z drugiej strony szczyt sezonu turystycznego - ale ludzie czekają na naszą pomoc. Pod koniec czerwca jedna z Pań z Wiączemina wraz z synem odebrała dla siebie i sąsiadów całego busika o czym pisaliśmy niżej.

Jak się dowiadujemy od naszych "podopiecznych" otrzymali oni do tymczasowego "zamieszkania" kontenery metalowe - podobno w upały nie sposób wejść do takiego nagrzanego pieca. Wszystko to tymczasowe - ale sami wspominamy, że dawne barakowozy drewniane były nie do zdarcia i chyba lepiej służyły. Być może "na szybko" tylko taka pomoc była możliwa.

Nadal trwa zbiórka pieniążków i darów wszelkich - wszystkie dary należy zgłaszać do sklepu "SZKATUŁKA" przy ul. Piwnej 15.

PIECYKI GAZOWE - trzypalnikowe - wraz z reduktorem i wężem podłączane do butli gazowych - pilnie poszukujemy taniej hurtowni, producenta, który odstąpi 5-10 sztuk z ew. zamówieniami dalszymi.

Obecnie przygotowujemy kolejny transport darów -  z uwagi na trudności dojazdowe naszymi samochodami osobowymi, jedna z firm staromiejskich zaoferowała swój samochód dostawczy.

A teraz podziękowanie innego gatunku, ktoś posprzątał swoja piwnicę i do kilku siatek plastikowych powkładał rzeczy, którymi butów nie wypada czyścić - okazuje się że znamy darczyńcę - bój się ... (Ktoś ładnie napisał i nie bez ironii; "Zawsze mamy dość siły, aby znieść cudze nieszczęście" - czyżby to o naszym dowcipnym Mikołaju?).


26 czerwca 2010
sobota

Jedziemy już jak do znajomych, Gospodarze poznają nas mile zdziwieni, że znów jesteśmy. Tym razem wiemy już co potrzeba i dowozimy szczotki do szorowania (za mało), szczoty druciane, szpachelki, jedną kuchenkę gazową (na dwa palniki), świece (nadal nie ma prądu), konserwy, dwa kartony środków czystości, sporo kubków plastikowych, talerzy i talerzyków turystycznych, sztućce jednorazowe, nawet kilka męskich koszul - przydadzą się do pracy. 
Twarze już uśmiechnięte trochę - będą naprawiać drogę, bo ciężkie samochody jeszcze nie przejadą - mają dostarczać kontenery do tymczasowego zamieszkania. Zaczynamy żartować, że nikt nie musi być sam - bo zawsze znajdą się jakieś anonimowe krasnoludki - nawet warszawskie.
Jeszcze dziś mieszkańcy delegują do Warszawy znajomego "busika" - który zabierze wieczorem, to co mamy w tymczasowym magazynie - ręczniki, ubrania, pościel. Będzie miejsce na następne dary.

Wymieniamy sie telefonami - żeby mieć lepsze rozeznanie co przywieźć następnym razem - najbardziej potrzeba - szczot ryżowych, naczyń plastikowych, wiader, misek, a z własnego rozeznania wiemy że i gotować tam nie ma ani czasu ani warunków, więc przyda się i coś w słoikach i puszkach do szybkiego przyrządzenia.

Wszystkim serdecznie dziękujemy, prosimy o jeszcze - do Wiączemina wybieramy się za dwa tygodnie. Wkrótce potrzebne będą pędzle, farby emulsyjne, a jak odkuje się tynki to już wszelkie materiały budowlane. Niestety nie wszystkie domy będą się nadawały do zamieszkania.

Ogromne podziękowania dla pracujących i mieszkających na Starym Mieście i okolicach - meble zbędne, a w dobrym stanie będziemy odbierać zaprzyjaźnionym transportem i zawozić mieszkańcom Wiączemina - ale nie wcześniej jak za półtora, dwa miesiące. Domy muszą mieć najpierw podłogi, żeby można było jakiś mebel postawić. (uwaga z listopada - znajomi od mebli wycofali się .. brak możliwości przechowywania i transportu)

Na zakończenie mała uwaga - trafił nam się jeden sweter z dziurą po  molach i krem na celulit - ale to pewnie przypadek, mamy tu ścisłą kontrolę i cenzurę, i nie wszystko przejdzie.


23 czerwca 2010
środa

Pierwsza wizyta nasza w miejscu, które nie odwiedzaliśmy nigdy. Jedziemy wśród pięknej zieleni, na ogół dobrymi drogami, zacisznie tu i spokojnie. Właściwie wymarzony teren na ucieczkę od miejskiego zgiełku. Odwiedzamy Słubice, żeby "zasięgnąć języka" do której wsi jechać z tym co udało nam się zebrać dla powodzian. Wójt woła, że nie  ma ani sekundy, ale kiedy słyszy ze samochód mamy wyładowany środkami czystości  mówi uśmiechnięty - jak chcecie - spróbujcie dojechać do Wiączemina. Mamy na swojej liście tą wieś, więc decyzja jest prosta. Odwiedzamy pierwsze domy na końcu Świniar (długa piaszczysta droga), potem płyty betonowe. I tu zaczyna się księżycowy krajobraz bo prawie do linii odległych drzew - błotne klepisko na polach, oberwane kawały asfaltu i droga jak dla przeprawy wojennej.
Potem dojeżdżamy wzdłuż wałów - tak jak wskazują strażacy (właśnie odkażają domy z których woda zeszła już na podwórka). Pierwsze trzy domy parterowe, jeden piętrowy - wołamy gospodarzy - zdziwieni podchodzą do nas, my ładujemy już w torby siatki, kartoniki, to co nasi przyjaciele uzbierali - ręczniki, pasty do zębów, szczoteczki, płyny na komary, detergenty, proszki - to co sie może przydać do mycia i sprzątania, rękawice trochę konserw. Pytamy co Wam potrzeba - trudno im odpowiedzieć ..łzy w oczach i nas coś ściska za gardło. Chowam głowę do bagażnika, wyciągamy kołdry - przydadzą się też. Jesteście pierwsi co tu pytają co nam potrzeba - mówią wzruszeni. Jedziemy do następnych domostw, wszędzie gdzie docieramy zostawiamy jakby żelazną rację - choćby po trochu wszystkiego - jak na pierwsze rozeznanie. Kobieta stoi na drodze, zaprasza na podwórze i do domu - zobaczcie tu się myjemy, tu jemy... Łzy spływają jej po twarzy. Zaczynamy szybko rozmowę o pogodzie, dla zmiany nastroju, potem umawiamy się, że przyjedzmy znowu w najbliższą sobotę.
Ujmują nas mieszkańcy wsi swoją skromnością, chęcią podzielenia się z sąsiadami.

Wyobraź sobie drogi czytelniku, że masz domek - choćby jak na zdjęciach obok. Nagle przychodzi ogromna woda, wdziera się przez okna, wypycha drzwi i zabiera ze sobą wszystko co napotka.
Zabiera meble, łamie drzwi, zabiera talerze, sztućce, doniczki, dywaniki, przewraca lodówki, pralki.., tylko kilka obrazków na ścianie ocalało. Woda to straszniejszy żywioł niż ogień, tu nic nie można stłumić czy ugasić, jedyny ratunek to ucieczka.
W domu pozostaje gruba warstwa błota, taka jak na polach i na podwórkach. Tam gdzie woda stała kilkanaście dni, ściany są sino-zielone. Teraz kiedy woda zeszła pękają futryny, wiązania, sufity i ściany. To już loteria co pozostanie.